|

Wirtuoz, dwukrotny finalista Ligi Mistrzów, w swoim czasie jeden z najlepszych środkowych pomocników świata, a w ostatnich dwóch sezonach kariery tylko rezerwowy w rezerwach Middlesbrough. Przedwcześnie umarły dla futbolu, Gaizka Mendieta i jego ciernista, piłkarska droga.
O istnieniu Hiszpana przypomniało sobie niedawno BBC – stąd tekst na ich internetowej stronie autorstwa Jonathana Stevensona. Objaśnienie kontekstu i wyprowadzony na wstępie kontrast, raczej smutne: „Gdy najlepsi spotykają się w kolejnej kolejce Ligi Mistrzów, człowiek, który dwa razy inspirująco doprowadził swój klub do finału tych rozgrywek, jest już tylko i wyłącznie zainteresowanym widzem”.
Mendieta walczył o Puchar Mistrzów w barwach swojej Valencii, w 2000 i 2001 roku. W obu przypadkach bez powodzenia. Mimo porażek, eksperci doceniali kunszt Hiszpana. Dwukrotnie uznany najlepszym pomocnikiem kontynentu, miał też pewne miejsce w reprezentacji swojego kraju. Kuszony przez kilka europejskich klubów, wreszcie się zdecydował (pomogło mu w tym też odejście trenera Hectora Raula Cupera). Wybrał ten, który dawał za niego nieprzyzwoicie dużo.
Z Rzymu do Katalonii
W wakacje 2001 roku Lazio (rozrzutne wtedy niczym starożytni rzymianie) zapłaciło za piłkarza 29 milionów funtów (41 milionów dolarów). Tym samym, Mendieta został najdroższym hiszpańskim graczem w historii i szóstym w rankingu ogólnym. Jego pierwszy sezon w Wiecznym Mieście okazał się jednak fatalny. Odejście trenera Dino Zoffa i niepewna sytuacja w przechodzącym kryzys klubie, sprawiły, że Mendieta nie czarował. Nie grywał zresztą regularnie, przez co nie zdążył przystosować się do Serie A. Latem ponownie zmienił klub. Został wypożyczony do FC Barcelony.
„Wiem, co sobą reprezentuję i mam wielką ochotę, by znów grać dobrze. Barça to kolejne wyzwanie i to mnie bardzo motywuje. (...) Nie muszę grać dobrze dlatego, że dużo kosztowałem, czy dlatego, że prosił o mnie trener. Muszę to zrobić dla samego siebie.” - tak Mendieta odpowiadał na pytania o swoją przyszłość w ostatnim dniu lipca 2002.
Legia, to za mało
Początkowo, zachwycony trener Luis Van Gaal stawiał na Hiszpana, sadzając na ławce m.in. kupionego również tego lata Romana Riquelme. Dzięki temu Mendieta mógł też zdobyć zwycięską bramkę w spotkaniu z... Legią Warszawa przy Łazienkowskiej, w rewanżowym meczu eliminacji LM w sierpniu 2002. Później było już niestety tylko gorzej. Po pierwsze, podobnie jak w Lazio, - również na Camp Nou zmienił się szkoleniowiec. Za słabe wyniki, z posadą pożegnał się Van Gaal, a jego następca, Radomir Antic, miał nieco inną wizję zespołu. Nieprzyjemne deja vu?
Mendieta zaliczył w tamtym sezonie w sumie 33 występy (o 13 więcej niż w Lazio), strzelając przy tym 4 bramki. W Barcelonie nie zdecydowano się jednak na stałe zatrudnienie piłkarza, co oznaczało dla niego powrót do włoskiej stolicy...
Szansą na odrodzenie wydawała się deklaracja człowieka, który prowadził go w najlepszych latach w Valencii: Hectora Raula Cupera, ówczesnego szkoleniowca Interu, który zapewniał w mediach, że chciałby ściągnąć Zabalę (drugie nazwisko rodowe Gaizki) na San Siro. Do transferu jednak nie doszło. Mendieta wybrał inny klub, a Cuper został zwolniony z Interu po sześciu meczach sezonu 2003/2004. Czyżby pomocnik wreszcie oszukał zły los?
Riverside Revolution
Zamiast klubu z Mediolanu, Mendieta wybrał Middlesbrough FC. Porzucił kolorowe życie we włoskiej stolicy na rzecz mniejszego, przemysłowego miasta na północnym-wschodzie Anglii. Co ciekawe, w tym okresie otrzymał też podobno propozycję ponownego zatrudnienia w Hiszpanii, ale wolał ofertę z Premier League (do Boro trafił na zasadzie rocznego wypożyczenie z opcją pierwokupu).
Decyzja Gaizki dziwiła wielu. Nawet podczas pierwszego oficjalnego czatu z fanami Boro we wrześniu 2003, jeden z sympatyków klubu z Riverside pytał go: „Boro to niezbyt znany klub i nie gra w Europejskich Pucharach, co skłoniło cię do takiej decyzji?”. Hiszpański pomocnik wyjaśniał: „Przyszedłem tu po długich rozmowach z trenerem i zawodnikami Boro, którzy zachęcali mnie do przeprowadzki i bardzo ciepło mówili o klubie. A w pucharach zagramy za rok, taką mam nadzieję...”.
W Middlesbrough swój trzeci sezon zaczynał Steve McClaren, który zapowiadał, że ten rok będzie rewolucyjny. W pierwszej jedenastce grali tam wówczas już: na skrzydle Boudewijn Zenden, w środku - mierzący 165 cm - magik Juninho Paulista, w ataku bramkostrzelny Massimo Maccarone, a w środku obrony pewny Gareth Southgate. Mendieta miał pomóc klubowi wejść na nowy, jeszcze wyższy poziom.
Sukcesy /łamane przez/ kontuzje
Inauguracyjny sezon wyszedł mu świetnie. Rozegrał 38 spotkań, strzelił trzy bramki i pomógł zdobyć pierwsze trofeum w 128-letniej historii swojego klubu: Boro, w finale Pucharu Ligi pokonało Bolton 2:1. Dla klubu z Riverside oznaczało to też debiut w Pucharze UEFA. Mendieta (który latem zmienił wypożyczenie na transfer permanentny) mógł znów wrócić na europejskie salony... Tym razem tylnymi drzwiami.
Niestety, sezon 2004/2005, kiedy McClaren i jego piłkarze mieli zbierać owoce pracy z lat poprzednich, okazał się pechowym, ze względu na szczególnie dużą ilość kontuzji. Wśród nich najpoważniejszej doznał Mendieta, który z powodu urazu kolana stracił prawie cały sezon. Rehabilitacja trwała 6 miesięcy. Niektórzy obawiali się, że do piłki już nie wróci, pomocnik zapewniał jednak w maju 2005 r. kibiców Boro: „Jedyne o czym w tym czasie myślałem, to powrót do Middlesbrough i gra w podstawowym składzie. Koniec kariery? Mam jeszcze trzy lata w kontakcie, które chcę tutaj wypełnić”.
Gdy w październiku 2005 r. „Mendi” wrócił wreszcie do pierwszego składu, pokazał, czym jest głód gry i radość z przezwyciężenia kontuzji. Udowodnił też, że może wrócić do światowej elity. W pierwszych pięciu spotkaniach czterokrotnie zostawał wybrany go graczem meczu, a Boro z nim w składzie rozbiło m.in. Manchester United 4:1 (Mendieta zaliczył dwie bramki i asystę).
W końcówce listopada, jego świetną passę na miesiąc przerwała kontuzja łydki, ale po powrocie na boisko nadal radził sobie bardzo dobrze (chociaż gorzej niż wcześniej). Rozgrywał najczęściej całe spotkania, asystował, strzelał i, co najważniejsze, swoim doświadczeniem pomagał drużynie przechodzić kolejne rundy Pucharu Uefa. Nieszczęśliwie, tuż przed rewanżowym meczem o półfinał tych rozgrywek, podczas sesji treningowej 3. kwietnia (tydzień po swoich 32 urodzinach), Mendieta złamał kość w stopie i jego sezon przedwcześnie dobiegł końca.
Southgate i ostatni mecz
Hiszpan pokonał uraz po "zaledwie" trzech miesiącach, ale w tym czasie przy Riverside zmieniło się wiele. Po porażce zespołu w finale Pucharu Uefa z Sevillą, odszedł trener Steve McClaren (objął posadę selekcjonera reprezentacji Anglii), a jego miejsce zajął jeden z graczy, symbol klubu, Gareth Southgate. Jak pokaże przyszłość, będzie to najmniej przychylny i ostatni z trenerów Mendiety.
Southgate od początku dawał Hiszpanowi do zrozumienia, że nie widzi dla niego miejsca w składzie. Konsekwentnie stawiał tylko na Boatenga lub Morrisona. Pozwolił Zabali na tylko 7 występów (połowa z nich to wejścia z ławki po 70 minucie), a później przestał wybierać go do kadry meczowej, ale też nie odsyłał do rezerw. Po raz pierwszy zrobił to dopiero po 3 miesiącach. Pod koniec listopada przyznał, że jeśli zimą pojawi się oferta, chętnie pozwoli mu odejść.
W 20 kolejce Premiership, w wyjazdowym spotkaniu z Evertonem, Mendieta po raz ostatni w swojej karierze wystąpił w oficjalnym meczu. Grał od początku (bo Southgate nie miał akurat nikogo innego na tę pozycję), ale trener zmienił go już w przerwie. Był 26 dzień grudnia 2006 r., a w Boro mówiło się już wtedy głośno, że w tym klubie nie ma dla Mendiety nadziei.
Uciec, ale dokąd?
Ciąg dalszy kariery pomocnika, to już tylko pasmo rozczarowań w kolejnych okienkach transferowych. Nikt nie mógł lub nie chciał wykupić piłkarza. W styczniu 2007 nie udało się to Realowi Sociedad, a później LA Galaxy, której Southgate odpowiedział, że Gaizka to nadal część składu. Kłamał, bo Hiszpan nie pojawił się nawet na ławce rezerwowych. Grał tylko w rezerwach.
Po kilku miesiącach, w wywiadzie z kwietnia 2007 roku, 33-letni Mendieta mówił w „The Sunday Sun”: „Chcę odejść, ale nie myślę o końcu kariery, czuję się nadal młodym piłkarzem ”. Miał podobno oferty z Anglii, USA i Bliskiego Wschodu, ale czas mijał, a Mendieta (leczący w tym czasie drobny uraz) nadal nie był w stanie z nikim się dogadać. W końcu sam Southgate zapowiedział, że w odejściu piłkarzowi pomoże klub: „Dla niego najważniejsze jest teraz, żeby gdzieś odejść i grać w tym ostatnim etapie swojej kariery. Nie brałem go pod uwagę w ustalaniu kadry na przyszły sezon. Dopóki jest z nami postaramy się jednak traktować go normalnie. To wspaniały profesjonalista”.
Między słowami
Gaizka, przez wspomnianą powyżej uprzejmość, trenował więc z Boro, a w ostatnich dniach sierpnia 2007 (i okna transferowego) zaskoczył fanów, mówiąc SkySports, że nikt w klubie nie rozmawiał z nim jeszcze o odejściu, a on skupia się na treningu, bo w przyszłym sezonie chce dostawać więcej szans gry w pierwszej drużynie. Równie zdziwione Middlesbrough wydało oficjalne oświadczenie, sprowadzające się do słów „Przykro nam i dziękujemy, ale dla Gaizki Mendiety nie ma w tym klubie przyszłości – rozmawialiśmy o tym wiele razy w poprzednich tygodniach”. Może obu stronom w komunikacji przeszkodziła bariera językowa...
Co ciekawe, dziwne i smutne, mając za sobą już 7 miesięcy w rezerwach, Mendieta został przy Riverside na kolejny sezon – ostatni w kontrakcie z Boro i jak się później okaże, w całej karierze piłkarza. O pierwszy skład nie otarł się ani razu, w rezerwach zagrał zaledwie kilkakrotnie. Po raz ostatni 22 kwietnia 2008 roku, w spotkaniu rezerw Middlesbrough z rezerwami Manchesteru City. Małego-wielkiego Gaizkę Mendietę (uznanego zawodnikiem meczu) oklaskiwało 174 widzów. Tak do historii futbolu odszedł jeden z piłkarskich bogów ostatniego przełomu wieków...
Nierozwiązany problem
„Angielska piłka dała mi wiele radości, mimo kilku kontuzji mam piękne wspomnienia z tego czasu z Middlesbrough” – wspomina w listopadzie 2009 r., Mendieta. „Pierwsze sezony były fantastyczne: wygraliśmy Puchar Ligi, graliśmy w finale Pucharu Uefa – to były przyjemne chwile. Szkoda, że w którymś momencie coś się zepsuło. Wydawało mi się, że w moim ostatnim sezonie ani klub, ani manager nie traktowali mnie fair. Niestety nie udało nam się znaleźć wyjścia z tej sytuacji...”.
Gaizka to skromny człowiek, który lubi doszukiwać się pozytywów. Dostrzega je także w piłkarsko zmarnowanym czasie, który spędził w rezerwach Boro: „Pokochałem tutejszych ludzi, to miejsce. Nie chcę jeszcze wyprowadzać się do Hiszpanii” – zdradza były kapitan Valencii, który ze swoją partnerką Helen, nadal mieszka ok. 15 km od stadionu Middlesbrough.
Niczego nie żałuję
Mimo nienajlepszego pożegnania z piłką, Mendieta podsumowując swoją karierę zaznacza, że osiągnął znacznie więcej niż planował: „Kiedy byłem młody trenowałem raczej lekkoatletykę, w piłkę zacząłem grać na poważnie dopiero kiedy miałem 14 albo 15 lat. Nigdy nie sądziłem, że mi się powiedzie w tym sporcie. Nawet o tym nie marzyłem. Gdy teraz to wszystko wspominam, jestem w szoku, że udało mi się tak dużo osiągnąć”.
Hiszpan dodaje też: „Wiesz ileu dzieciaków marzy tylko o tym, żeby zostać piłkarzem? Ja miałem szczęście grać w La Lidze, Serie A, Premier League, w Lidze Mistrzów i na Mistrzostwach Świata. Wygrywałem trofea, grałem w derbach Roma-Lazio i Barcelona-Real, a to najwspanialsze mecze w jakich możesz wystąpić w futbolu, mam dzięki nim niesamowite wspomnienia. Właśnie dlatego nie mogę czegokolwiek żałować”.
Zdaje się, że jest jednak taka rzecz, która sprawia, że trochę żałować trzeba. To Wikipedia. Tak, ta internetowa encyklopedia. Nie może być inaczej, jeśli nawet jej twórcy dzielą opis kariery Mendiety na tylko dwie części: cztery udane lata w Valencii i kolejne siedem w trzech innych klubach, zatytułowane zbiorczo „koniec kariery”...
Autor: Adrian Fulneczek
Źródło: Studencki miesięcznik Kontrast
|